Ostatnio pytałeś mnie czy jeszcze coś tutaj piszę. Muszę przyznać, że ostatnio zaniedbałam to trochę. Za wiele zmian, za wiele wielkich rzeczy i pięknych chwili było teraz w moim życiu, bym miała chwile na napisanie czegoś.
Już rok..
Minęło tyle czasu, a ja nadal czuje się jakbym dopiero co się zakochała, nadal czuje te motylki w brzuchu, radość gdy mamy się spotkać i niepewność czy będzie kolejny dzień. Po uszy wpadłam w tą miłość i się zmieniłam. Bardzo. Już nie bywam taka złośliwa, marudna i zła. Teraz dominuje we mnie cisza, czułość, bardziej jestem wylewna ale też i częściej się rozczulam czymkolwiek. Staram się też być lepszym człowiekiem. Powoli, mozolnie, z każdym dniem zmierzam do doskonalenia siebie. I oczekuje, że reszta też się zmieni razem ze mną. Wierzę, że dzięki mojej lepszej postawie inni także mogą być dla mnie lepsi. Oby..
Zauważyłam, że każde kolejne spełnione marzenie nie przybliża mnie ku wiecznemu szczęściu, tylko wywołuje kolejne, o którym dotąd nie myślałam. Zyskałam ostatnio wspaniałego mężczyznę, poczucie bezpieczeństwa, stabilizacje, prawo jazdy, samochód, dostałam się na studia, które po części są spełnieniem moich pragnień.. I każde z tych zdobyczy, wywołało inne, na razie są one w sferze marzeń, ale też pragnę je coraz bardziej spełnić. To tak jakbyśmy wchodząc na kolejne piętro dowiadywali się, że to jeszcze nie ostatnie, że tam coś jeszcze jest, ale trzeba znów stracić energie, podjąć ryzyko i wejść zobaczyć czy to już koniec.. A później znów dowiedzieć się, że tam są kolejne rzędy schodów. Ja też tego doświadczam, ale to nie jest tak, że apetyt u mnie rośnie w miare jedzenia. Nigdy przecież nie sądziłam, że będę w stanie powiedzieć, że pragnę się ustatkować, zdecydować na życie do końca z jedną osobą, że marzy mi się taki prawdziwy dom, z dziećmi, psem, że widzę siebie gotującą rodzinie obiady i z radością witającą kolejny dzień by sprostać nowym obowiązkom. Zadziwiam nawet sama siebie...
Dzisiaj jest wszystkich świętych, a każdy kolejny znicz zmusza mnie do refleksji. Boje się śmierci, tak jak każdy. Bałam się jej chyba od dziecka, gdy dowiedziałam się, że moja biologiczna matka nie żyje. To wszystko jest takie nierealne i tak dalekie od nas, że nie myślimy o tym lub nie chcemy myśleć. Ale temat niestety pozostaje, krąży wciąż obok nas i jednych dotyka a innych omija. Dziś po raz pierwszy prosiłam o czas, bym mogła zrobić coś dla siebie i innych i jak najdłużej starać się żyć najlepiej jak potrafię i by starczyło mi na nacieszenie się światem. A na koniec pomyślałam, że najbardziej pragnę spędzić ten czas z najukochańszą dla mnie osobą. I dać jej tyle, by nigdy nikt nie powiedział, że zabrakło mi czasu na cokolwiek.
Dajmy sobie tylko szanse by cieszyć się sobą i życiem wciąż wspólnie. Tak jak robimy to lepiej lub gorzej od roku.