Kilka wspaniałych weekendów z moim TŻ, niezapomnianych i wciąż pozostających w sercu, zamieszało mi w głowie. Mimo wszystko, mimo każdych problemów, nie chce znikać, chce być trwać niezliczenie długo, bo nawet wieki czekać bym mogła na dogadanie się co do nieporozumienia. Było najwspanialej na świecie, było tak, że za każdym razem mówiłam, że lepiej być nie może, a znów bywało. Zatracam się w tych kochanych ramionach i ta sama obecność mi do szczęścia wystarczy. Bo czuję się najbezpieczniej na świecie.
Plany mi trochę idą nie po mojej myśli, choruję i przeklinam los, za taki obrót sprawy. Zdążyłam już z bezradności i złości 3 razy się popłakać a później znów starałam się coś zrobić. Dostałam kilka rodzajów witamin, maść i mnóstwo rad. Jestem już zmęczona tym ciągłym ograniczaniem się głupią chorobą, ale wierzę, że jest to po coś. Że właśnie w ten sposób zostaje ukarana za to niezmierne szczęście.
Skończyło się na prawie tygodniowym pobycie w szpitalu, mnóstwem niezbyt dobrze przespanych nocy, żalem gdy patrzyło się na jedzenie, a moim jedzeniem pozostawały kroplówki. Byłam zła, rozżalona, słaba i cicha. Jedyne, co mi dodawało otuchy to Jego wizyty, te czułe pocałunki w czoło, i kilka godzin przesiedzianych przez Niego przy szpitalnym łóżku. Jestem niezmiernie wdzięczna mu, że mimo niechęci do szpitali był przy mnie. Nawet fakt, że kolejny miesiąc razem przypadł na mój pobyt na oddziale zakaźnym, nic we mnie nie zmienił, może tylko dodatkowo wzmocnił moją i tak wielką już miłość, przywiązanie i poczucie bezpieczeństwa, gdy tylko On jest obok.
Szaleje ze szczęścia, bo mam Jego, miłość i tą troskę, którą mnie otacza.
Można marzyć, ale cóż mi jeszcze potrzeba?
Może tylko kilku wspaniałych dni z Nim na plaży w promieniach gorącego południowego słońca.
Bo marzenia się spełniają każdego dnia!
